Historia pewnego medalu, czyli moja przygoda z bieganiem

Historia pewnego medalu, czyli moja przygoda z bieganiem

Nie lubię biegać. Za dzieciaka co prawda biegałam w szkolnych zawodach, ale w LO moja sympatia do sportu delikatnie mówiąc wyparowała. Po studiach miałam kilka zrywów do biegania, bo przecież to takie zdrowe, schudnąć można no i wszyscy biegają. Przechodziło mi zwykle po dwóch tygodniach. A teraz patrzę na swój pierwszy medal. Jakim cudem?

Skąd pomysł na bieganie?

Od dwóch lat w czasie świątecznego obiadu spisujemy swoje postanowienia. Mają być wyzwaniem, ale nic ponad siły. Moim pierwszym wyborem było 1000 km na rowerze. Ale później coś mi odbiło i powiedziałam, że chcę przebiec 10 km w zorganizowanym biegu. Przypominam, że nie przepadam za bieganiem 😉 Słowo się rzekło, kobyłka za płotem czy jak to tam szło.

Jestem typem człowieka, które nieprzyjemne sprawy chce zał

atwić jak najszybciej. Jak w styczniu zobaczyłam zapisy na marcowy Bieg Kobiet dystans 5 km, to się od razu zapisałam. A potem dopiero pomyślałam, że w sumie to ja nawet kilometra nie potrafię przebiec. Idąc na pierwszy „trening” 30.01. co prawda przebiegłam ten kilometr, ale przy okazji wyplułam sobie płuca.

Przygotowania

W sumie od końca stycznia do 10 marca ruszyłam tyłek z kanapy 13 razy. Zrobiłam sobie rozpiskę i zaznaczyłam kiedy chcę przebiec 2,3,4 i 5 km. I jak do 3 km trzymałam się planu biegania co trzy dni, tak później biegałam raz na tydzień.  Postanowiłam spróbować interwałów i to był strzał w dziesiątkę. Dzięki temu oddech trochę mi się uspokoił i biegało się przyjemniej, choć przyznaję, że do każdego treningu musiałam się zmuszać. Jedyną przyjemnością był dźwięk końca zaplanowanego dystansu i powrót do domu.

Dzień biegu

Do samego biegu podchodziłam na luzie. Wiedziałam, że to impreza w której bardziej liczy się zabawa niż wynik. Jednak chwilę przed biegiem trochę stresu było. Nie lubię tłumów, dodatkowo miałam wrażenie, że wszyscy (oprócz mnie oczywiście) się tam znają i są profesjonalistami. I do jasnej ciasnej co ja tam właściwie robię. I po co mi to było.

Przez kilka pierwszych minut po starcie miałam ochotę po prostu stamtąd uciec. Potem emocje opadły i zaczęłam się skupiać na trasie. Górki, kamyki, błoto, ruchome piaski. I tłum. Jeszcze połowy nie przebiegłam, a już tak trochę umierałam. A potem to mi było wszystko jedno i byle do mety. A tam to już tylko medal i osobiste gratulacje od samego prezydenta Szczecina.

Mój osobisty trener-fotograf ograniczył sesje zdjęciową do minimum, bo podobno 5 km wysiłek nie dodaje mi uroku 😉

Co dalej?

Oficjalne zaliczenie piątki nie sprawiło, że polubiłam bieganie. Spróbuję jeszcze swoich sił w „dziesiątce” i jeśli nie poczuję floł, to daję sobie spokój z bieganiem. Chociaż muszę przyznać, że patrząc na ten medal czuję mega satysfakcję. Może jeszcze będzie z tego miłość? 😉

 

PS Ten wpis miał na celu być motywacyjny, że jak się chce to można. A wyszło jak wyszło 😀 Ale wiedzcie, że jak ja ze swoją nadwagą i  kompletnym brakiem kondycji dałam radę, to Wy też dacie! 😉